Artykuł z 06 czerwcowego 2014 MPiP: Udany urlop zaczyna się w głowie

Z psycholożką Mirosławą Kownacką rozmawia Ewa Sawicka

Większość ludzi na urlop wybiera się w lipcu lub sierpniu. Czy faktycznie wypoczynek w tych miesiącach jest lepszy niż w pozostałych? Czy jest to tylko uwarunkowane cyklem roku szkolnego, społeczne przyzwyczajenie?

Letnie miesiące to nie tylko lipiec i sierpień. Jeśli nie jesteśmy bardzo „ciepłolubni", nie mamy dzieci lub są już na tyle duże, że wakacje spędzają w gronie rówieśników, to urlop możemy zaplanować na czerwiec lub wrzesień. O tej porze roku dni są dłuższe i bardziej słoneczne, nawet w naszym, dość kapryśnym klimacie. Dla osób mieszkających i pracujących w miastach, często spędzających całe dnie w zamkniętych pomieszczeniach przy sztucznym świetle, pracujących w systemie zmianowym letnie wakacje są najlepszą okazją, by w naturalny sposób wzmocnić zarówno organizm, jak i psychikę. Podczas słonecznych dni humor nam dopisuje, bo organizm produkuje wtedy więcej serotoniny oraz dopaminy (potocznie zwanych hormonami szczęścia), a zmniejsza wytwarzanie hormonu stresu, czyli adrenaliny. Dużą rolę w tym procesie odgrywa witamina D (potrzebna nie tylko dzieciom, ale też dorosłym), która zapewnia odpowiedni poziom wapnia w organizmie. Ten minerał jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania w mózgu neuroprzekaźników.
Latem rzadziej cierpimy na bezsenność, choć noce są krótsze. Szyszynka, gruczoł odpowiedzialny za sen i czuwanie, jest odpowiednio naświetlona w dzień, co przekłada się na poziom energii w ciągu dnia i jakość snu w nocy. „Nakarmiona" słońcem szyszynka po zmroku bez przeszkód wytwarza melaninę, która zapewnia głęboki i zdrowy sen. Oczywiście to działa, pod warunkiem że urlop spędzimy w warunkach umożliwiających kontakt z naturą, a nie w klimatyzowanym hotelu, w którym nawet woda w basenie jest sztucznie podgrzewana, albo przy remoncie mieszkania.

W ubiegłym roku, jeśli wierzyć raportowi Mondial Assistance, z letniego wypoczynku zrezygnowało 48 proc. dorosłych Polaków. Wymagany prawem urlop spędziło najprawdopodobniej w domach. Podejrzewam, że w naszej grupie zawodowej ten procent może być jeszcze wyższy. Czym grozi brak wypoczynku? I po jakim czasie stanie się on odczuwalny?
Wypoczynek, podobnie jak regularny tryb życia, to podstawa zachowania zdrowia i bycia efektywnym pracownikiem. Nie od dziś wiadomo, że najbardziej narażeni na wypalenie zawodowe są przedstawiciele zawodów, których praca polega na zajmowaniu się innymi. A pielęgniarki i położne, częściej nawet niż lekarze, są wymieniane jako te, u których to wypalenie następuje najszybciej. Pozostałe zawody to psychoterapeuci, pracownicy socjalni i nauczyciele...

Nauczyciele mają jednak zagwarantowane długie letnie wakacje, a wiele pielęgniarek i położnych, żeby związać koniec z końcem, pracuje na dwóch etatach, urlop przeznaczając na „dorobienie" lub nadgonienie spraw domowych...
Ten zawód zwykle wybierają osoby, które charakteryzuje wysokie poczucie odpowiedzialności za otoczenie. I często w imię tej odpowiedzialności zaniedbują swoje potrzeby. A nawet ustawodawca dostrzegł związek między odpowiednio długim odpoczynkiem a jakością pracy, wymagając, by raz do roku urlop trwał minimum dwa tygodnie. I te dwa tygodnie urlopu od codzienności – nie tylko pracy, ale też rutyny dnia codziennego to naprawdę minimum, z którego nie można rezygnować.

Jednak wiele osób skarży się, że zamiast wypocząć, wracają z urlopu jeszcze bardziej zmęczeni. Jakie błędy najczęściej popełniamy, planując urlop?
Pierwszy to założenie, że sam wyjazd wszystko załatwi.

A tak nie jest?!
Nie. Do urlopu warto się przygotować. Nie zaplanować, ale właśnie przygotować. Bo udany urlop zaczyna się w głowie. Warto zadać sobie pytanie, czego się po tych dwóch tygodniach spodziewamy i czy są to realistyczne oczekiwania. Ja to nazywam pakowaniem emocjonalnej walizki. Często pierwsze, co do niej wkładamy, to pakiet „muszę/powinnam/wypada: nadrobić zaległości w czytaniu, oglądaniu, zwiedzaniu, zrobić przetwory, odwiedzić dalszą rodzinę" itd., itp. A to pułapka. Oczywiście, jeśli robienie przetworów lub zwiedzanie jest naszym sposobem na relaks, to warto temu poświęcić swój wolny czas, ale właśnie „warto" a nie „muszę" czy „powinnam". Drugie obciążenie to założenie, że na urlopie poprawię relacje z mężem/żoną, w końcu zajmę się wychowaniem dzieci. I gdy podczas wyjazdu dzieci wolą kontakt z rówieśnikami lub cały czas są przyklejone do gadżetów elektronicznych, a mąż nie staje się bardziej rozmowny, łatwo dać się ponieść pretensji „ja się staram, dogadzam, a z ich strony spotyka mnie tylko niewdzięczność". W dwa tygodnie nie da się ani naprawić relacji małżeńskich, ani wychować dzieci.
Trzeci pakiet dotyczy pracy. Nie chodzi tylko o zabieranie ze sobą komputera, literatury fachowej itp., ale też o to, by nie zadręczać się, jak koleżanki poradzą sobie na zastępstwach, tym, co się dzieje na oddziale, z pacjentami. To może być szczególnie trudne dla osób, które pełnią funkcje kierownicze.
Dla osób niezadowolonych z życia, jakie prowadzą, a niepotrafiących go zmienić, pułapką może okazać się oczekiwanie, że właśnie na urlopie spotkają miłość swojego życia. Łatwo wtedy wakacyjne zauroczenie wziąć za coś, czym nie jest, i wrócić ze złamanym sercem.

Spory nadbagaż, szkoda, że nie można go wyekspediować innym samolotem gdzieś w świat...
Można, wystarczy zmienić podejście. Zamiast planować, co nadrobię, zadać sobie pytanie o cele. Swoje i współurlopowiczów. Nie warto przy tym spieszyć się z odpowiedzią. Notować to, co spontanicznie przychodzi do głowy. Może się wtedy okazać, że poprzednie nieudane wyjazdy brały się z rutyny, z podporządkowania swoich potrzeb temu, czego oczekują inni (albo wydaje się nam, że oczekują), temu „co (nie)wypada". I zgodzić się na to, że na urlopie nie musimy cały czas być razem i wszystko robić wspólnie.

To może być trudne, bo skoro jedno lubi zwiedzać, drugie leżeć plackiem na plaży...
To wybieramy się tam, gdzie obie te potrzeby mogą być zaspokojone, np. na południe Europy. Można wtedy tak zaplanować pobyt, żeby był czas wspólny i czas osobny, bez wartościowania, który rodzaj wypoczynku jest „lepszy" czy „właściwszy". Ludzie mają różne temperamenty i w różny sposób „ładują akumulatory". Ja, ponieważ przez wiele lat prowadziłam bardzo intensywne życie zawodowe wiążące się z licznymi aktywnościami i wyjazdami, najlepiej odpoczywałam, spędzając kolejne wakacje w wynajętej od zaprzyjaźnionych górali chacie w Beskidach. Natomiast moja znajoma, która miała bardzo stabilną, by nie rzec monotonną pracę, co roku wypuszczała się w nowe rejony na świecie. I zupełnie nie mogła zrozumieć mojej potrzeby zakotwiczenia. A przecież obie realizowałyśmy te same potrzeby, tylko w odwrotnych proporcjach.
Dlatego tak ważne jest przy wyborze sposobu wypoczynku branie pod uwagę nie tylko finansowych możliwości, ale przede wszystkim umiejętnie rozpoznanych pragnień, czy potrzebujemy wyciszenia, w głuszy, z dala od ludzi, czy przeciwnie, skoro obracamy się cały czas w zamkniętym kręgu tych samych osób i czynności, dobrze zrobi nam zmiana, ruch, poznawanie nowych miejsc, nawiązywanie nowych znajomości.

A gdy już wiemy, gdzie i jak najlepiej wypoczniemy, jak się do tego wyjazdu przygotować? I jak zmniejszyć w sobie poczucie lęku, pewnie nie tylko mi dobrze znane, że w ostatniej chwili wydarzy się coś, co przekreśli te wakacyjne plany?

Polecam dwie strategie, które z powodzeniem sama stosuję. Pierwsza to wyobrażanie sobie, że już jestem tam, na wakacjach. Te krótkie chwile smakowania przyszłego wypoczynku pozwalają mi wyhamować. Nie brać na siebie nowych obowiązków, szybciej kończyć te zadania, które mam do wykonania. To się dzieje automatycznie. Druga strategia to zapisywanie sobie w kalendarzu, na kartce powieszonej na lodówce, notatniku w smartfonie, co mam do załatwienia w związku z wyjazdem i co powinnam zabrać ze sobą. Nie chodzi o to, by usiąść i od ręki to napisać, bo wtedy zawsze o czymś ważnym się zapomni, ale by spontanicznie, przez kilka, kilkanaście dni, gdy o czymś sobie przypomnimy, wpisywać hasła „ciepłe skarpetki", „kostium kąpielowy", „ubezpieczenie", „sąsiad – klucze". Jeśli lista zrobi się za długa, można ją uporządkować, grupując zadania np. wg klucza „pakowanie", „dom", „podróż", „dokumenty". I potem odhaczać to, co wykonane. Nie szkodzi, jeśli niektóre wpisy się powtarzają...

To świadczy, że z jakiegoś powodu one są dla nas szczególnie ważne?
Zwykle tak, ale też dlatego, że np. poprzedniego lata brak jakiejś części garderoby okazał się dokuczliwy. I to wspomnienie powraca. Warto przy tym nie brać wszystkiego na siebie, do czego kobiety mają nadzwyczajną tendencję, ale szukać sojuszników odpowiedzialnych za przygotowanie wyjazdu. Męża poprosić, żeby przygotował swoją garderobę, dziecku, nawet przedszkolakowi, dać plecaczek, do którego ma spakować swoje zabawki (oczywiście potem i tak trzeba pamiętać o zabraniu ukochanego misia czy lalki). I nie przejmować się, jeśli mimo wszystko o czymś się zapomniało.

To chyba zależy od rangi sprawy...
Zawsze jest wyjście z sytuacji, może się najwyżej okazać kosztowne. Pamiętam, jak mój syn z synową w drodze na Chorwację dopiero pod Wiedniem zorientowali się, że nie zabrali ze sobą dokumentów auta, którym podróżowali. Dotarły do nich wysłane pocztexem, na szczęście obyło się bez kłopotów z policją.
A wracając do listy. Na dwa dni przed wyjazdem można porozkładać lub poprzylepiać po domu karteczki, co należy przed wyjazdem zrobić: podlać kwiaty, wyłączyć dopływ gazu, prądu, wody. I po wykonaniu tych zadań zdjąć kartkę. Ostatnia, jaką wyrzucam na makulaturę to ta z hasłem „śmieci".

Urlop, zwłaszcza ten udany, zawsze kończy się zbyt szybko. Wracamy zrelaksowani, rozleniwieni, a na miejscu czeka nas...
...depresja pourlopowa.

???!
Klasyczna trwa cztery dni, ale im urlop był bardziej udany, a praca, do której wracamy, mniej lubiana i satysfakcjonująca, tym ten okres readaptacji jest dłuższy i trudniejszy.

Jak sobie z tym radzić?
Tak planować powrót, żeby mieć przynajmniej dzień, dwa na powolne rozpakowanie się, popranie, zrobienie zakupów, odkurzenie mieszkania, obdzwonienie bliskich i przyjaciół z informacją, że szczęśliwie dotarliśmy do domu. I nie rzucać się w wir pracy z poczuciem, że musimy nadrobić dwa tygodnie nieobecności, od pierwszej godziny w miejscu pracy udowodnić szefowi swoją w niej niezbędność. W zawodzie pielęgniarki, położnej, gdzie oprócz wysokich zawodowych kwalifikacji, wymaga się też emocjonalnego zaangażowania, empatii, cierpliwości i wyrozumiałości, bez względu na to, jak się jest samemu traktowaną, umiejętność właściwego gospodarowania siłami jest zawodową powinnością. Dlatego zawsze zachęcam, by podczas urlopu, a nawet kilka dni po nim, pozwolić sobie na funkcjonowanie na „zwolnionych obrotach". Nie chodzi o nicnierobienie czy unikanie pracy, ale o niewskakiwanie od razu na najwyższe obroty.

Dziękuję za rozmowę.